piątek, 5 lipca 2013

Cassandra Claire - Dary Anioła - Miasto Zagubionych Dusz.

  Dzisiaj przedstawię Wam moją całkowicie subiektywną i szczerą do bólu opinię o piątej części Darów Anioła.

cena: 39zł


  Czy warto wydawać pieniądze? Tak, ALE... No właśnie. Niby wszystko ładnie piękne, jednak wkrada się jakieś "ALE". Dlaczego? Wszystko po kolei.
  Jeszcze parę lat temu Dary Anioła były moją ulubioną serią. Podobał mi się humor, to, że akcja nie kręci się tylko wokół romansu, ale też, że jest coś więcej. Ujął mnie cały świat Nocnych Łowców. Jednakże muszę przyznać, że chociaż darzyłam tę Trylogię (jeszcze wtedy) szczególnymi względami, to nie ucieszyłam się na wieść, że powstanie czwarta część. Uważałam, że zakończenie trzeciej było idealne, absolutnie nie potrzebowało kontynuacji. Według mnie, było to po prostu parcie na kasę. Może to przez to, że przeczytałam Miasto Upadłych Aniołów po angielsku, ale jakoś nie potrafiłam się w nie wczuć. To już nie było to. To było ciągnięcie czegoś, co już powinno było się skończyć.
  Miasto Zagubionych Dusz natomiast było o niebo lepsze od poprzedniej części, aczkolwiek znowu wkrada się "ALE".
  Jeśli chodzi o pomysł na tę część, nie mam zarzutów. Co prawda nie było jakichś wielkich zaskoczeń, nie wiadomo jakich zwrotów akcji, ale było pozytywnie. Sporo rzeczy dało się przewidzieć, ale przecież rzadko która książka potrafi naprawdę zaskakiwać ;).
  Jace nie jest sobą, tego dowiadujemy się już z okładki. Wszyscy starają się go odzyskać i powstrzymać piekielny plan Sebastiana. Clary i reszta, jak zwykle narażają życie. Fray tym razem, dzięki Bogu, potrafi już walczyć ;). Zakończenie... happy end, ale jednak nie do końca. Uratowany Jace (czego można się było od początku domyślić), ale... dokładnie tak - nie do końca. Końcówka bardzo dobra. Ostrzeżenie, zapowiedź sporych problemów, które czekają naszych bohaterów w szóstej części. To na plus.
  Książka mi się podobała, ale nie porwała mnie, nie zachwyciła. Nie odkładałam jej, wpatrując się w sufit i mówiąc WOW.
  Co mi się natomiast nie podobało... Jak już przyznałam, była to moja ulubiona seria. Serce mnie boli, ale chyba muszę przyznać, że z niej wyrosłam. Sarkazm, za który pokochałam tę serię, zaczął mi działać na nerwy. Wstawiony raz na jakiś czas, super, ale co chwilę? W porządku, to również dałoby się przeżyć, ale czy to nie dziwne, że każdy bohater tej książki posiada identyczne, ironiczne poczucie humoru? Każdy żartuje w ten sam sposób, nawet w sytuacjach, które wymagają zachowania powagi. To mnie trochę zraziło, w takich momentach czułam się, jakbym czytała książkę nastoletniej amatorki (bez urazy dla nastoletnich amatorek, sama nią byłam jeszcze miesiąc temu. Teraz jestem 20-letnią amatorką). Nie podobało mi się to. Claire powinna albo obdarzyć ich różnymi poczuciami humoru albo skupić się tylko na jednej postaci. Bo nie ma co kłamać, każdy bohater miał JEJ poczucie humoru.
  I jeszcze coś. Coś, przez co zrozumiałam, że ta książka być może celuje w młodsze czytelniczki. 13-15 lat. Chociaż po głębszym zastanowieniu stwierdzam, że jednak nie do końca. Mam na myśli to, jak daleko posuwają się tamtejsze pary. Maia i Jordan posunęli się daleko. Nie było opisów tych scen, nie spodziewałam się ich, ale jednak już inaczej się na nich patrzyło.
  Tymczasem Jace i Clary... hm... para nastolatków, która od kilku, czy tam kilkunastu miesięcy tylko się całuje. Nie bierzcie mnie za jakąś napaloną, po prostu wydaje mi się to nierealne, że przykładowo Jace nie ma czasem ochoty położyć jej ręki na pupie zamiast na biodrze :). Okej, powiedział jej parę razy, że jej pragnie, ale to tyle. Teraz już, te ich pocałunki, które co chwilę mają miejsce... robią się nudne. Za każdym razem czytamy, jak to ona się zatraca, jak czuje jego umięśnione ramiona pod palcami. Nie zliczę, ile razy lądowali na łóżku i zawsze coś im przerywało. Nie widzę nic złego w budowaniu takiego napięcia, ale po 50 razie zaczyna to zwyczajnie męczyć. Bo ile można? Kiedy tylko zaczyna się scena pocałunku, wiemy jak się skończy. ALE! Znowu ale. Co ciekawe, Claire kilka razy napomknęła o ich pierwszym razie. Zatem spodziewam się, że Jace i Clary na sam koniec zdejmą obrączki czystości, a do tego czasu, jak zwykle coś stanie między nimi. Tym razem będzie to sam Jace. O tak, udało się go uratować, ale został trochę zmieniony, parzy ;). Więc jak sami powiedzieli, nie mogą posunąć się dalej, tylko buziaczki ;). Ja osobiście wolałabym, żeby postanowili trzymać czystość do ślubu, niż żeby powstawały takie pierdoły, które tylko mają budować to napięcie. Zawsze coś musi stać między nimi. Na tym opiera się cała seria. Jak nie myśl, że są rodzeństwem, to parzący Jace.
  Następną część zapewne przeczytam, ale chyba jednak naprawdę z tego wyrosłam. Teraz bardziej odpowiada mi styl, np. Libby Bray. To jest kobieta, która ma talent, a nie tylko pomysł na książkę.
  Podsumowując. Miasto Zagubionych Dusz dorównuje trzem pierwszym częściom. Jest akcja, cały czas coś się dzieje. Nie ma lania wody, nie ma czasu na nudę. To jest ogromny plus! Rzeczy, które mi nie pasowały to szczegóły, aczkolwiek dla mnie istotne. Nie wiem, jak dla innych. Książka nie porywa aż tak bardzo, ale jest dobra. Jeśli się postaramy, wciągnie nas.
  Pomimo moich narzekań i żalów, polecam, zwłaszcza tym, którzy zwątpili w Dary Anioła po Mieście Upadłych Aniołów. Odzyskacie wiarę w Cassandrę po Mieście Zagubionych Dusz.

Pozdrawiam :)